2011-12-28 00:01:27

Proteza z kamienia.

 

„Proteza z kamienia”

Myślę, że zakochać się w dziewczynie to najgorsza rzecz jaka może Cię spotkać. Serio.

- Proponuję, żebyśmy dzisiaj poruszyły temat o Twoich emocjach. O emocjach skierowanych w stronę osób trzecich.

- Nie.

- Słucham?

- Nie – podnoszę wzrok znad moich dłoni. – To jedyny temat na jaki nie będziemy rozmawiać. Po prostu nie.

- Wiesz, że to może być kluczowe w terapii?

- Wiem. Przykro mi, ale nie to nie wchodzi w grę. Wiem dokładnie o jakie emocje Ci chodzi – spoglądam jeszcze raz w jej stronę.

- O jakie emocje?

- O emocje związane z kobietami. Nie będziemy o tym rozmawiać. Nie ma nawet takiej możliwości – unoszę się z fotela z zamiarem wyjścia. – Możemy zakończyć na dzisiaj.

- Usiądź. Jeśli nie chcesz to ja nie mogę Cię zmusić, przecież wiesz. Myślę jednak, że...

- Wy kobiety dużo myślicie – zauważam z ironią.

Cisza.

- A Ty nie jesteś jedną z nas?

- Nie. Nie wiem. To nieważne zresztą. Jestem na pewno inna od reszty.

- W to nie wątpię. Każdy człowiek jest wyjątkowy.

Cisza. Tym razem z mojej strony.

- Ona była wyjątkowa? – słyszę ciche pytanie.

Drgnęłam zaskoczona. Patrzę na nią długo.

- Tak – odpowiadam. – Chociaż... Nie, może jednak nie. Nie była wyjątkowa. Była jedyna w swoim rodzaju. Była ponad to.

Nie przerywa mi. Można powiedzieć, że odkąd zaczęłam, nie poruszyła się nawet o milimetr. Chyba przestała oddychać z wrażenia. Pewnie nie chce mnie rozproszyć żadnym ruchem, chce żebym mówiła dalej. Szkoda, że sama nie wiem czy chcę kontynuować.

- Poznałyśmy się dawno temu. Mam wrażenie, że minęły wieki od tamtej chwili. Od początku była dla mnie inna. Taka subtelna, delikatna. Zaczęłyśmy się przyjaźnić. Byłyśmy ze sobą wyjątkowo blisko, nigdy wcześniej nie miałam takiej przyjaciółki jak ona. Nasza znajomość miała tylko jedną małą wadę, maleńki zgrzyt... Ona nie miała pojęcia o mojej orientacji. W sumie wtedy sama nie byłam pewna tego jaka ta orientacja jest. Nie rozmawiałyśmy o tym. Wiem, wydaje się to dziwne prawda? Jak można się przyjaźnić i nie wiedzieć czy druga strona lubi dziewczyny... Rozmawiałyśmy czasem o chłopakach, więc wiedziałam, że obie lubimy chłopców. Potem... Potem bałam się zapytać czy lubi też kobiety. Obawiałam się usłyszenia negatywnej odpowiedzi. Wtedy zdałam sobie sprawę, że boję się z konkretnego powodu. Boję się, że to co czuję jest jednostronne i nie będzie możliwości, nawet najmniejszej, by druga połówka odwzajemniła uczucie. Zrozumiałam to i natychmiast wyrzuciłam ze swojej głowy. To było niedorzeczne, nie mogłam tak myśleć.

Ale nasze relacje się zmieniły. Była coraz bliżej mnie, a ja już nie wiedziałam co o tym wszystkim sądzić. Sposób w jaki mnie dotykała, obejmowała, głaskała był inny, zupełnie inny. Jest różnica między tym jak głaszcze Cię po ręku chłopak, którego kochasz, a tym jak robi to koleżanka, prawda? Jej odruchy były coraz subtelniejsze. A ja coraz bardziej marzyłam o tym by ją pocałować, objąć mocniej, odgarnąć jej włosy z czoła... Zastanawiałam się nad tym co nas łączy, ale znów nie zapytałam się wprost. Bałam się odrzucenia, tego, iż mogę usłyszeć jakim to świrem jestem i co ja sobie wyobrażam. Nie chciałam być w jej oczach zboczeńcem. Nie chciałam być kimś, kogo by się brzydziła.

Więc żyłam z tym dalej. Z moją małą tajemnicą. Starałam się nie odbierać jej odruchów w ten sposób. Codziennie powtarzałam sobie, że się tylko przyjaźnimy. I tak też pewnie było. Tylko ja miałam coraz więcej problemów. Moje psie przywiązanie objawiało się na każdym kroku. Robiłam dla niej wszystko co chciała. Myślę, że jeśli wtedy kazałaby mi przejść po rozżarzonych węglach to zrobiłabym to bez zastanowienia. Dla niej mogłam rzucić świat na kolana. Korzystała z tego ile tylko chciała, a i ja byłam z tego powodu szczęśliwa.

Po pewnym czasie coś się zmieniło. Stała się dla mnie bardzo opryskliwa. Bardzo dużo rzeczy zaczęło jej nie pasować. Przeraziłam się nie na żarty. Czy ona coś podejrzewa? Może ktoś jej powiedział? Ale kto? Nikt nie wiedział o tym, że poza mężczyznami lubiłam też kobiety. Gorączkowo przeszukiwałam wspomnienia. Może ją czymś uraziłam? Nie odpowiadała na moje pytania o powód. I coraz bardziej mnie raniła. Znosiłam wszystko grzecznie, w milczeniu. Zaczęła mną pomiatać i wyśmiewać mnie. Nie rozumiałam co się dzieje. Moje szczęście powoli wysmykiwało mi się z rak. Gdzie popełniłam błąd? Skończyły się przytulanki i głaskanie. Mogłam liczyć jedynie na pogardliwe spojrzenie.

W pewnym momencie zniknęła. Nie miałam od niej żadnych wieści, odchodziłam od zmysłów próbując się dodzwonić i dowiedzieć czy wszystko w porządku. Kilkanaście godzin później wróciła, jak gdyby nigdy nic. Znów nie otrzymałam wytłumaczenia. Dwa dni później usłyszałam, że nie pasujemy do siebie. Nie możemy już się przyjaźnić, ponieważ ona ma inne priorytety w życiu, a ja uniemożliwiam jej spełnianie się. Podobno poznała ludzi bardziej wartościowych ode mnie, przy których może się rozwijać. Nie mam pojęcia co to za ludzie. Bardzo chciałam wiedzieć, żeby stać się tak samo wartościowa jak oni, ale znów nie otrzymałam wytłumaczenia o co dokładnie chodzi. „Nie mam o czym z Tobą rozmawiać, do widzenia.” to były ostatnie słowa jakie usłyszałam od niej w słuchawce telefonicznej.

Nigdy nie pomyślałabym, że tak to się skończy...

Tak naprawdę to się nie skończyło. Wszystko się dopiero zaczęło. Żal jaki mnie wypełniał był zbyt ogromny, żeby go opisać. Kilka dni płaczu i parę prób podcięcia sobie żył – ot, takie tam próby ucieczki. Znajomi mnie nie rozumieli. „O co ci chodzi?” pytali „Przecież to tylko koleżanka, znajdziesz sobie nową!”. Niestety, to nie było takie proste.

 Czasami widywałam ją w osiedlowym sklepiku. Mijałyśmy się na zakupach. Nie odpowiadała na moje powitania, więc przestałam się do niej odzywać. Mogłam tylko ją obserwować. Z daleka, nie mogąc jej dotknąć. Myślałam, że zwariuje. Kochałam ją, wtedy zdałam sobie z tego sprawę, całą pełnią, kochałam ją do szaleństwa. Mieszane uczucia nie dawały mi spokoju: chciałam się rzucić na kolana na środku sklepu i błagać by wróciła lub rzucić się na nią z pazurami i wyłupić jej oczy. Kochałam ją i nienawidziłam zarazem. Było coraz gorzej. Czułam w sobie taką zwierzęcą chuć, chciałam jej wykręcić nadgarstek i siłą pocałować, jakaś szaleńcza cząstka mnie marzyła, że to zmieni jej postępowanie. Moje szaleństwo rosło. Na przemian marzyłam o pocałunkach i przypalaniu jej rozżarzonym żelazem. Nadal ją kochałam, ale także nienawidziłam, tak głęboko nienawidziłam! Chciałam by cierpiała równie mocno co ja. Gdy się opanowywałam miałam wyrzuty sumienia za takie myśli. Przecież ją kochałam. Jak mogłabym być takim potworem? Nie mogłam jej zmusić do niczego, może jest bardziej szczęśliwa ze swoim wyborem, jej szczęście powinno być dla mnie najważniejsze. Umierałam z miłości, bólu, żalu, rozpaczy. Aż w końcu cała miłość do niej umarła. Została mi tylko nienawiść. Żywiłam nią swój umysł tak, aby móc się utrzymać przy życiu. A potem... Potem ona wyjechała na kilka tygodni do Paryża. Nie widziałyśmy się, moje odczucia okrzepły. Gdy wróciła, była już dla mnie obca. Widząc ją czułam ukłucie w sercu, ale przyzwyczaiłam się do tego, tak jak człowiek potrafi przyzwyczaić się do protezy nogi. Ja miałam protezę serca. Protezę z kamienia. 

Od tamtej pory postanowiłam jedno: nigdy, ale to nigdy nie zakocham się w kobiecie. Nigdy. Nigdy nie będę też w związku z kobietą. Nigdy. – Oddycham głęboko jak po długim biegu. Patrzę w oczy terapeutki. Aż dziwne, że wytrzymała tyle czasu bez ruchu.

- Wiele osób śmieje się ze mnie, gdy mówię, że jestem biseksualna – dokańczam. – I gdy dodaję, iż nigdy nie mogłabym stworzyć związku z kobietą, ani się w niej zakochać. Śmieją się i twierdzą, że jestem typową biseksualistką, która chce się zabawić. To nie tak. Nie rozumieją, że tutaj nie chodzi o zabawę tylko o fakt, że ja sobie nigdy nie pozwolę na jakiekolwiek uczucia wobec kobiety. Ponieważ wiem, z autopsji, jakie kobiety są. Wiem jak potrafią niszczyć i wykorzystywać. Na pewno nie wszystkie. Ale nie zamierzam ryzykować. Tylko wobec kobiet jestem tak bezbronna w uczuciach. Mężczyźni... już tyle mnie zranili, że jestem na to odporna. Wobec kobiet pozostała mi subtelność, którą wolę ukryć – uśmiecham się i wstaję z miejsca. – Nie pozwolę się zranić mocniej.

Bez słowa zabieram swoje rzeczy i wychodzę.

 

skomentuj (2)

2011-11-20 16:31:54

Frustracje seksualne i zoofilia, czyli Przed świtem w kinach

Byłam, zobaczyłam i przeżyłam. W sumie brzmi dobrze, no nie?

Niestety nie zmienili aktorów, ale to było łatwe do przewidzenia, ponieważ jak wiadomo, gdy nastąpi w kolejnej części zmiana aktorów pierwszoplanowych to produkcję szlag trafia (patrz: Ja wam pokażę!). A szkoda, bo Kristen nie wprowadza niczego do tego filmu. No dobra, może się już trochę wyrobiła i gra dużo lepiej niż w pierwszej części, ale nadal jej mimika przypomina kogoś kto ma dziwnie porozkładane mięśnie twarzy, ma paraliż lub upośledzenie mózgu. Nie, nie żartuję, przynajmniej dla mnie tak to wygląda. O Patisonie nie wspomnę, bo go ogólnie nie lubię, nie zabłysnął dla mnie w żadnej produkcji. Choć w Harrym Potterze ładnie grał trupa. Przynajmniej się nie ruszał.
Wysączyłam trochę jadu to teraz Was zaskoczę, bo... Ta część "Zmierzchu" jest w miarę dobrze zrobiona. Zdziwieni? Ano tak jest. Byłam w kinie na wersji cyfrowej a nie na filmie z rolki światłowodowej 35 mm (czy jak to się poprawnie nazywa), więc podobno film był lepszej jakości i może dlatego zrobił na mnie lepsze wrażenie.
To teraz napiszę Wam, co mi się podobało. A podobało mi się przedstawienie wycieńczonej ciążą Belli. Było prawdziwie realistyczne, choć dziewczyna wyglądała jakby miała raka i była po radioterapii (albo chemioterapii, ale z włosami). Świetnie przedstawione wychudzenie, sinienie ciała i śmierć! Miałam wrażenie, że widzę prawdziwe zwłoki. Obrzydliwie uginającą się, twardą, zastygłą klatkę piersiową po kolejnych próbach reanimacji. Z drugiej strony takie zwłoki to powinny być już trochę nieświeże (wyglądała jak z kostnicy po 1 czy 2 dniach od śmierci), ale biorąc pod uwagę jej męczarnie przez całą ciążę to można sobie wmówić, że to przez cierpienie zwłoki miały taki a nie inny wygląd.

Niestety między momentem śmierci Belli a otworzeniem przez nią oczu jako wampira (ostatnia scena filmu) nic się nie dzieje. NIC. To znaczy coś tam między sobą mówią i coś robią, ale przez większość filmu naprawę nie ma akcji. Zero. Zdążyłam wyjść do toalety i wrócić, a przez ten czas film nie ruszył się ani o jotę. Widać że film chciał być super produkcją jak Harry Potter i dlatego właśnie został rozłożony na dwie części, ale to naprawdę nie było potrzebne. Wszystko można by skupić w jednej części, ale wiadomo: mniejszy zarobek. Myślę, że od teraz wszystkie bestsellery będą podawane nam pokrojone, żebyśmy się przypadkiem nie udusili zbyt dużym kawałkiem. Przez cały film wydarzyło się tylko: brzydkie buty Belli, czyli ślub; frustracja seksualna i gra w szachy, czyli Rio; ciąża i poród, czyli śmierć; bum! Jestem wampirem, czyli koniec filmu. No, ale do rzeczy.

Po pierwsze: ten cały ślub był masakrycznie kiczowaty, a buty pany młodej były okrutnie brzydkie. Ale jeszcze przed ślubem Edward wpada do Belli (przed jego wieczorem kawalerskim) i chce jej coś powiedzieć o sobie. W sumie wyszło to tak, że powiedział, że zamiast striptizerek na wieczorku będą niedźwiedzie i inne zwierzaki. Szczęka opada, że Bella przyjmuje spokojnie do wiadomości że jej facet jest zoofilem. Ale co kto lubi, right? Po drugie: wyjazd do Rio. Wyjeżdżają, uprawiają seks i potem... koniec. Spędzają czas kąpiąc się w morzu i grając w szachy. Słyszymy i widzimy ciągłą frustracje seksualną Belli, bo Edward nie chce z nią uprawiać seksu. No bo on nie chce. Bo nie może. Zaraz, jak to nie może? A co on ma jakieś dni płodne, że nie może? No i chyba tak jest, bo jak uprawiają seks drugi raz to dziewczyna zachodzi w ciążę. Boziu, od kiedy faceci mają cykl jak u baby?

Po trzecie: dialogi. Otóż tłumaczenie robił ktoś albo mało inteligentny, albo złośliwy bo zdarzyły się takie smaczki, w których Bella mówi do Edwarda „słyszałaś?”, czy inny podobny tekst w formie żeńskiej, a Jacob w którymś z dialogów stwierdza „siedziełem”. No faktycznie, facet z lasu wyszedł, więc w sumie wieśniak z niego mówiący gwarą leśną.

Po czwarte: w filmie próbują wprowadzić dialogi, które miały być zabawne. Miały być, bo mało który z nich śmieszył. I tak mamy: „to nie jesteś prawiczkiem?!” albo całą gamę toastów na ślubie, które są żenującymi sucharami.

Po piąte, napiszę Wam jeszcze ,że „Przed świtem” jest uznane za horror. W sumie dobrze, bo krew się leje się strumieniami, a poród był dla mnie tak przerażający, że nie mogłam patrzeć. Poród Belli wyglądał jak sceny z Obcego, wiecie które. I ten jej głos wrzeszczący ponad łamiącymi się kośćmi „wyjmijcie TO ze mnie, wyjmijcie go!”.

A po szóste dowiecie się, że i owszem film jest kategoryzowany jako horror ale od... 12 roku życia. Nie rozumiem kto zrobił tak tragiczną pomyłkę, że poprzednie części były od 16 lat, a teraz dzieci puszczają do kin na takie straszydła. Więc mój apel do rodziców: sprawdzajcie na co chce iść dziecko do kina. Dla Waszego i jego dobra.

Wypastwiłam się chyba wystarczająco na dzisiaj. Podsumowując: świetna charakteryzacja Belli umierającej, ale reszta do dupy, jak zwykle. Cieszy mnie tylko fakt, że nie reżyserowała tego filmu ta słodka lalunia, która kręciła pierwszą część. Ach, właśnie! Zapomniałabym o reżyserze. Wyobraźcie sobie, koniec filmu czekacie w napięciu aż Bella otworzy oczy. Otwiera je i są głęboko czerwone i... W tym momencie ekran czernieje i pojawiają się na nim ogromne czerwone litery z imieniem i nazwiskiem reżysera:

BILL CONDON

I tym z optymistycznym akcentem pora zakończyć pastwienie się na „Zmierzchem” (przynajmniej na dzisiaj). Niech moc Condona będzie z Wami!

skomentuj (1)


dodaj zobacz


Kontakt: abrabaal@o2.pl

Upraszam o informowaniu mnie w przypadku upubliczniania tekstów czy ich fragmentów zawartych na tym blogu.


Polska biblioteka wampira.
Kamila.
Marta.
Kłapouchy.
Lady Toroj.
Moje opowiadania.
Przeszłość.


2008: IX X XI XII
2009: I II III IV V VI VII VIII IX X XI XII
2010: I II III IV V VI VII VIII IX X XI XII
2011: I II III IV V VI VII VIII IX X XI XII




©niedziela blog.pl da